20 maja w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Częstochowie odbędzie się prapremiera "Miasta Szklanych Słoni" na podstawie powieści. Autorem adaptacji i reżyserem przedstawienia jest Andrzej Bartnikowski.
Cieszę się, naturalny odruch. Ciekawość efektu walczy z pamięcią pisania - zdystansowaną, migotliwą, na poły fantazmatyczną: od powstania tekstu minęło już siedem lat. Jakbym stał nad jeziorem, widząc na jego przeciwnym, dalekim brzegu jakieś postacie. Wołają do mnie, machają i dziwią się, że ich nie rozpoznaję, że trafił im się drętwy twórca-gamoń. Niejeden z bohaterów nie może uwierzyć, że ten na drugim brzegu (czyli ja!) ich stworzył. Efekt obcości, brechtowski efekt obcości nie obcy jest i autorom. A sceniczny język też rządzi się swoimi prawami w swoich światach. I gdy nie hołduje się narcystycznym skłonnościom, które każą sprawdzać nawet przecinki w ustach aktorów, pozostaje zasiąść grzecznie na widowni w roli widza i wysłuchać, co postaci mają do powiedzenia.
Nie pierwsza to realizacja teatralna moich tekstów, więc potwierdzam obiegową opinię reżyserów: najlepsi autorzy do adaptowania to autorzy martwi. Żywy przylezie, może nawet książkę przyniesie, i będzie sprawdzał, i będzie chrząkał, kręcił nosem, że teatr nie dźwignął genialności literackiego języka. Ba! My, żywi autorzy, zawsze możemy tak powiedzieć.
Poniżej plakat promujący prapremierę - stara dobra szkoła, chciałoby się powiedzieć, anty-filmowa, anty-łopatologiczna, anty-hollywodzka. Jego twórcą jest Sebastian Bauman.
sobota, 13 maja 2017
piątek, 21 kwietnia 2017
Strefy kontaktu 2017
Zakończyła się II edycja Stref Kontaktu - konkursu dramaturgicznego organizowanego przez Wrocławski Teatr Współczesny. Laury zostały rozdane i - co ważniejsze - zostały napisane teksty. Od początku Strefom patronują trzej wielcy, pierwszorzędni herezjarchowie formy - Kajzar, Karpowicz, Różewicz, których artystyczny genotyp bliski był idei eksperymentu, przekraczaniu nie tylko gatunkowych, ale i rodzajowych granic. Przywoływany w materiałach konkursowych cytat z Różewicza jest na tyle symptomatyczny i emblematyczny, że warto go wciąż przytaczać i ponawiać: „Nowa sztuka powstaje przez wynalezienie nowej formy, nowego wyrazu,
nowego języka i składni, nie przez składanie najszlachetniejszych
deklaracji, nie przez angażowanie się w słuszne i jedyne poglądy
polityczne, nie przez podpisywanie listów i protestów, nie przez
składanie wyznań, że jesteśmy pełni najszlachetniejszych uczuć
humanitarnych i humanistycznych. Twórca zaangażowany to twórca
zaangażowany w walkę o nową formę”. No, właśnie... "walka o nową formę"? Eksperyment? A może tak! Wbrew dyktatowi opowieści, wbrew politycznym poprawnościom i niepoprawnościom (one już dawno stały się wyłącznie grą), wbrew, a przynajmniej obok humanistycznej, jakże łatwej do wizerunkowego zwekslowania retoryki, wbrew terrorowi "wypluwania" z siebie książek co rok, co pół roku, co kwartał. Odnoszę wrażenie, że coraz częściej zapominamy o formie. A gdy zapomina się o formie, pisać może każdy. Bez świadomości formy pisze się swobodniej, bardziej bezkarnie, bezczelniej. Podobnie w teatrze, który albo dryfuje w stronę incydentalnego, efemerycznego performensu reżyserskich halucynów albo grzęźnie w bezpiecznych "humanizmach" sztuki wysokiej (takiej sztuki jednak, która w szafie trzyma trupa-farsę). Literatura (empikowa, bestsellerowa) zastyga w bezpiecznej konwencji, nikt od niej nie oczekuje zmagań z językiem, śmiałego wchodzenia na pola minowe eksperymentu. Ono odbywa się chyba wyłącznie w czasopiśmienniczych niedobitkach, w głębokim offie pism branżowych. A piszę o tym w chwili, gdy wszyscy rozkochani jesteśmy w twórczości Wallace'a.Strefy Kontaktu poszerzają margines swobody, celując w dramat jako gatunek zdolny pomieścić literacką wyobraźnię i teatralizację języka. I jedno i drugie prowokuje, żeby z formą wziąć się za bary. Ileż to razy zadrżała mi ręka nad klawiaturą! Nie z powodu treści, nie za sprawą fabulacyjnej kobyły, która chce gnać i gnać. Strach mnie brał totemiczny, bo forma domagała się ofiary, bo forma okazywała się rybą pełną ości!
Na styku teatru i literatury Marek Fiedor (szef Wrocławskiego Teatru Współczesnego) podejmuje to, co dobrych kilka lat temu starał się robić Piotr Marecki, zbliżając literaturę do filmu i na odwrót. Naczelny "Ha!artu" zaczął od bezpośredniego spotkania twórców (obrosłe już w legendy i anegdoty spotkanie na szczycie nad Zalewem Zegrzyńskim), Fiedor inaczej: komunikuje literaturę z teatrem poprzez tekst. Zapewne to trwalszy fundament. A poza tym posłuchać Tulli i Plebanek w roli "dramaturgicznych debiutantek" - bezcenne, pouczające bardzo.
Więcej informacji o Strefach Kontaktu, nagrodzonych dramatach wraz z bazą konkursowych tekstów można znaleźć na stronie: http://www.strefykontaktu.pl/
piątek, 31 marca 2017
Erwin Kruk
Nie
żyje Erwin Kruk. Nie żyje i jest.
Jest
za mało czytany. To pewne. Jak każdy poeta, bo któż dzisiaj czyta poetów? Jest
stanowczo za mało interpretowany, rozumiany - zwłaszcza w czasach tej pozornie unifikującej
post-post-moderny. I chyba wszyscy posypujemy głowę popiołem (ja na pewno),
ponieważ czasami wystarczyło, by się nim tożsamościowo lub erudycyjnie
podeprzeć. Poeta "uświęconej etykiety", "totem mazurskiej prawdy
z krwi i kości", itd. Wreszcie: ostatni Mohikanin, po którym zjawiły się
blade twarze ze swoim literackimi paciorkami i wódką. "Borussia"
czerpała z niego garściami, "Portret" doceniał, ale nieco wzruszał
ramionami, ponieważ miał ważniejsze "żądze słowa" na głowie.
Za
życia autor bywa przezroczysty, jego twórczość wiedzie żywot, tu i ówdzie
akcentowanej, towarzyszącej, ale jednak efemerydy. Po śmierci ulega raptownej
nieprzezroczystości, przynajmniej na moment staje się gęsty, dojmujący,
namacalny w ruchu wiersza.
Powiedzieć,
że wszyscy współcześni pisarze Warmii i Mazur z Kruka to zgrzeszyć
pretensjonalnym patosem, typowym dla klepsydrowej retoryki. Nie wszyscy,
powoli, spokojnie. Jednak Kruk to nieusuwalny punkt odniesienia. Moralny i
estetyczny, gdy mówimy, że jesteśmy stąd, gdy obłaskawiamy wielką lub małą
literą tę wykradzioną ludziom przez ludzi (zwanych w swej masie Historią)
ziemię. Kogo to niby dzisiaj obchodzi. Ano obchodzi. Kilku się znajdzie.
Ja
widzę Kruka zawsze w kontrze, jako głos świata, który gdzieś z boku, cicho
dogorywa i stanowi jednocześnie nieznośny wyrzut sumienia. Kruk opisuje
zagładę, której wszyscy jesteśmy poddani, która nas wszystkich czeka. Gdy po
raz pierwszy przeczytałem "Z Krainy Nod", "Kronikę z
Mazur", "Moją Północ", doświadczyłem totalnego "efektu
obcości" Tak, "efektu obcości" rodem z Brechta, tyle że ja sam
dla siebie stałem się tym obcym. Wielka nauka, którą zawdzięczam poecie. Na
szczęście nie zetknąłem się z jego twórczością w dzieciństwie, bo mógłby nie
powstać żaden mit (taki żart nad jego i moim grobem).
Prywatnie
zamieniliśmy ze sobą ledwie kilka słów. Żył w innym świecie. Bo na szczęście
nie ma jednego świata, a przynajmniej jego pozory pozwalają w to wierzyć. Ale
czuło się Jego wzrok na sobie - stężony, skupiony, spod brwi. Nieco z ukosa,
nieco nie z tego naszego "stąd".
Nie
lubię pisać takich tekstów. Wydaje mi się zawsze, że szczerość zakłócają
fałszywe nuty, prowokowane przez śmierć. Ale dzisiaj chyba trzeba. Poeta umarł.
Poeta był i umarł. Banalne. Świata ubywa.
sobota, 11 marca 2017
Plankton czerwcowy

Trochę rytualnego narcyzmu: intensywność wewnętrzna, pisarska ubiegłego roku powoli zaczyna przybierać realne formy. Formy zewnętrzne, a w ich skończoności - coraz mniej mi dostępne. W czerwcu wydawnictwo ZNAK opublikuje, a dokładniej: planuje opublikować "Plankton" - moją futuro-katolicko-popową powieść. Taki łamaniec, tworzony jako naddatek związany z niepewnością, gdzie się wybrałem, gdzie zawędrowałem! (Czyżbym już sam siebie upychał w kanciaste, skrzypiące szuflady, przycinając język jak źle włożony krawat?) Od czasów "Rebelii", i jeszcze wcześniej - "Czwartego nieba", nie popełniłem tak "epickiego" (jak ma moje, rachityczne!, standardy), utworu. Mniej rozpasania wyobrażonego, więcej dyscypliny narracyjnej, no i opowieść, opowieść, którą musiałem strzec przed nieustannymi zakusami języka, aby ją rozsadzać i podważać, pokazywać szwy konwencji, aby ją przedrzeźniać i narracyjnym pochodom ciągle podstawiać nogę. Oczywiście pisanie o własnej książce, jeszcze przed wydaniem, mieści się w policyjnej formule: wszystko, co powiesz, może być wykorzystane przeciwko tobie. Wspomnę więc jedynie, że rzecz dzieje się w 2092 roku. Świat jest już po dwóch wielkich wojnach religijnych. Brat Artur, kapucyn, wyrusza z Olsztyna, stolicy Polacji, do Krakowa, zburzonego rzekomo przez terrorystów. Wyrusza z misją ratowania ludzi, choć przyjdzie mu robić coś kompletnie odwrotnego.
W czerwcu wwiozę więc drzewo do literackiego lasu. I pewnie jeszcze nieraz odtrąbię ten wjazd.
wtorek, 20 grudnia 2016
Papierówka
Tekst do lokalsów. Olsztyńskich i
okolicznych.
Jedna z gminnych post-mądrości powiada, że literatura, choć powstaje w samotności, karmi się literaturą - innymi tekstami. A Gombrowicz rzecz wysubtelnia: "Duch rodzi się z imitacji ducha. Najpierw trzeba chcieć być pisarzem, żeby nim zostać." Wspominam o tym z dwóch powodów. Po pierwsze: od 1 lutego 2017 roku Miejski Ośrodek Kultury w Olsztynie uruchamia projekt literacki "Papierówka", na który składać się będzie kurs kreatywnego pisania i dyżur literacki. Po drugie: szefowa MOK-u zaproponowała mi pilotowanie obu przedsięwzięć. Propozycję przyjąłem, wierząc, że wcześniejsze, pokrewne działania w krakowskiej Fundacji "Znaczy się", czy ogólnopolskiej "Maszynie do pisania", można przeszczepić na rodzimy, warmiński grunt. Tym bardziej, że olsztyńskiej literaturze potrzeba świeżej krwi. Stare kocury spasły się (i mnie przybyło trochę kilo ego), chadzają własnym drogami, a debiutującej młodzieży jak na lekarstwo.
Kurs kreatywnego pisania to forma literackiego laboratorium. Będziemy operować na żywych, powstających podczas spotkań tekstach. Zawsze warto otworzyć pacjenta i zobaczyć, jak jest zbudowany, bez czego nie może żyć, a co można mu spokojnie i bez wyrzutów sumienia wyciąć, co jest niezbędne, a co tylko udaje ważność, gdy w istocie jest anatomicznym bibelotem, ornamentem, czymś w rodzaju pęcherzyka żółciowego, którego przydatność wciąż dzieli świat lekarski. Literatura jest jak chirurgia, w ostatecznym rachunku zawsze idzie o to, żeby wyciąć. Żeby pisząc mniej, powiedzieć de facto więcej (sam mam do dzisiaj z tym problem i skalpel wypada mi z rąk). Mam nadzieję, że podczas wiwisekcji nie zejdzie nam wielu pacjentów i że - wzorem Szekspira - trup nie będzie się ścielił gęsto. Kurs kreatywnego pisania nie oferuje żadnego patentu na bestseller ani nie przepotwarza się w toporną naukę składania tekstów. Skierowany do początkujących twórców odpowiada na dwie skrajnie odmienne tendencje. Jedna, iście romantyczna, mówi, że wszystko zawiera się w nieokiełznanej domenie ducha, natchnienia, wieszczenia. Skutkuje to często zalewem samopożerającej się grafomanii, wyważaniem otwartych drzwi, tryumfalnym obnoszeniem totemu banału. Wieszczom, zwłaszcza w prozie, zawsze odpowiadam za Nienackim, że natchnienie natchnieniem, ale pisanie trzeba wysiedzieć, to ból - iście fizyczny - dupy, a jak ktoś uważa, że sprawnie fechtuje frazuje, niech zobaczy, jakie pchnięcia zadawał Mann z Dostojewskim. Drugą, przeciwną tendencją jest mylnie rozumiana przez młodych "profesjonalizacja pisania". Owszem, spotykając się, będziemy notować sobie najróżniejsze patenty i triki, stosowane bezczelnie w literaturze, ale w żaden sposób nie można z nich czynić recepty na tekst, który chce znaczyć, i który znaczy, a przede wszystkim, za który można dać się pokroić (znowu ta chirurgia). Każda inna literatura jest godna wyłącznie szpadla grabarza. Dużo złego w tym względzie zrobiły najróżniejsze poradniki, przepisane z amerykańskiego rynku. Jednym słowem: będziemy się spotykać, żeby nabierać świadomości języka, jego nieokiełznanej i tym samym fantastycznej natury.
Dyżur literacki to podobny dzwon, ale inna parafia, inny różaniec, inna para kaloszy. Skierowany jest do "szufladowców", do introwertycznych z natury, bądź konieczności, bulimistów pendrive'ów, twardych dysków, teczek na gumkę lub wiązanych tasiemką. Chodzi o to, że jednego dnia, w konkretnym miejscu, o konkretnej godzinie, można przynieść swój tekst. Można go przeczytać lub dać do przeczytania. Można o nim porozmawiać (choć niekoniecznie, nic na siłę), można usłyszeć, jak go słyszy, jak go rozumie ktoś inny. Można puścić tekst w żywy obieg. Nie sieciowy, nie wirtualny, lecz komunikujący się z drugim człowiekiem i sprawdzić, czy rezonuje, czy znaczy coś dla kogoś innego niż autor. I ja pacholęciem-debiutantem będąc, spotkałem życzliwie, ale i szczere ucho. Odnoszę wrażenie, że dzisiejsi młodzi twórcy, w obliczu wszędobylskiego pragmatyzmu i natychmiastowej komercjalizacji "talentów" funkcjonują w dużym rozproszeniu. Ja miałem swój "Portret", zbieraninę cudownych freaków, a dzisiejsi Rimbaudowie i Kafki? Odbierają sygnały, że hołdują, być może szlachetnemu, jednak niewydarzonemu frajerstwu, skoro żyćko jest funkcją trzech słów: kasa, kasa, kasa. Przyjdźcie na dyżur literacki. Choć jesteście jedyni w swoim pisaniu, nie jesteście jedni. Max Stirner to kłamstwo.
Każdego, kto przeczytał ten tekst, proszę o rozsyłanie wici. Spotykamy się 1 lutego, o godzinie 18.00, w sali kameralnej Amfiteatru. Wstęp wolny. W sprawie pytań i szczegółowych informacji - kontakt: papierowka@mok.olsztyn.pl Miejski Ośrodek Kultury utworzył na facebooku wydarzenie. Można się zgłaszać, komentować, obserwować: papierówka
Jedna z gminnych post-mądrości powiada, że literatura, choć powstaje w samotności, karmi się literaturą - innymi tekstami. A Gombrowicz rzecz wysubtelnia: "Duch rodzi się z imitacji ducha. Najpierw trzeba chcieć być pisarzem, żeby nim zostać." Wspominam o tym z dwóch powodów. Po pierwsze: od 1 lutego 2017 roku Miejski Ośrodek Kultury w Olsztynie uruchamia projekt literacki "Papierówka", na który składać się będzie kurs kreatywnego pisania i dyżur literacki. Po drugie: szefowa MOK-u zaproponowała mi pilotowanie obu przedsięwzięć. Propozycję przyjąłem, wierząc, że wcześniejsze, pokrewne działania w krakowskiej Fundacji "Znaczy się", czy ogólnopolskiej "Maszynie do pisania", można przeszczepić na rodzimy, warmiński grunt. Tym bardziej, że olsztyńskiej literaturze potrzeba świeżej krwi. Stare kocury spasły się (i mnie przybyło trochę kilo ego), chadzają własnym drogami, a debiutującej młodzieży jak na lekarstwo.
Kurs kreatywnego pisania to forma literackiego laboratorium. Będziemy operować na żywych, powstających podczas spotkań tekstach. Zawsze warto otworzyć pacjenta i zobaczyć, jak jest zbudowany, bez czego nie może żyć, a co można mu spokojnie i bez wyrzutów sumienia wyciąć, co jest niezbędne, a co tylko udaje ważność, gdy w istocie jest anatomicznym bibelotem, ornamentem, czymś w rodzaju pęcherzyka żółciowego, którego przydatność wciąż dzieli świat lekarski. Literatura jest jak chirurgia, w ostatecznym rachunku zawsze idzie o to, żeby wyciąć. Żeby pisząc mniej, powiedzieć de facto więcej (sam mam do dzisiaj z tym problem i skalpel wypada mi z rąk). Mam nadzieję, że podczas wiwisekcji nie zejdzie nam wielu pacjentów i że - wzorem Szekspira - trup nie będzie się ścielił gęsto. Kurs kreatywnego pisania nie oferuje żadnego patentu na bestseller ani nie przepotwarza się w toporną naukę składania tekstów. Skierowany do początkujących twórców odpowiada na dwie skrajnie odmienne tendencje. Jedna, iście romantyczna, mówi, że wszystko zawiera się w nieokiełznanej domenie ducha, natchnienia, wieszczenia. Skutkuje to często zalewem samopożerającej się grafomanii, wyważaniem otwartych drzwi, tryumfalnym obnoszeniem totemu banału. Wieszczom, zwłaszcza w prozie, zawsze odpowiadam za Nienackim, że natchnienie natchnieniem, ale pisanie trzeba wysiedzieć, to ból - iście fizyczny - dupy, a jak ktoś uważa, że sprawnie fechtuje frazuje, niech zobaczy, jakie pchnięcia zadawał Mann z Dostojewskim. Drugą, przeciwną tendencją jest mylnie rozumiana przez młodych "profesjonalizacja pisania". Owszem, spotykając się, będziemy notować sobie najróżniejsze patenty i triki, stosowane bezczelnie w literaturze, ale w żaden sposób nie można z nich czynić recepty na tekst, który chce znaczyć, i który znaczy, a przede wszystkim, za który można dać się pokroić (znowu ta chirurgia). Każda inna literatura jest godna wyłącznie szpadla grabarza. Dużo złego w tym względzie zrobiły najróżniejsze poradniki, przepisane z amerykańskiego rynku. Jednym słowem: będziemy się spotykać, żeby nabierać świadomości języka, jego nieokiełznanej i tym samym fantastycznej natury.
Dyżur literacki to podobny dzwon, ale inna parafia, inny różaniec, inna para kaloszy. Skierowany jest do "szufladowców", do introwertycznych z natury, bądź konieczności, bulimistów pendrive'ów, twardych dysków, teczek na gumkę lub wiązanych tasiemką. Chodzi o to, że jednego dnia, w konkretnym miejscu, o konkretnej godzinie, można przynieść swój tekst. Można go przeczytać lub dać do przeczytania. Można o nim porozmawiać (choć niekoniecznie, nic na siłę), można usłyszeć, jak go słyszy, jak go rozumie ktoś inny. Można puścić tekst w żywy obieg. Nie sieciowy, nie wirtualny, lecz komunikujący się z drugim człowiekiem i sprawdzić, czy rezonuje, czy znaczy coś dla kogoś innego niż autor. I ja pacholęciem-debiutantem będąc, spotkałem życzliwie, ale i szczere ucho. Odnoszę wrażenie, że dzisiejsi młodzi twórcy, w obliczu wszędobylskiego pragmatyzmu i natychmiastowej komercjalizacji "talentów" funkcjonują w dużym rozproszeniu. Ja miałem swój "Portret", zbieraninę cudownych freaków, a dzisiejsi Rimbaudowie i Kafki? Odbierają sygnały, że hołdują, być może szlachetnemu, jednak niewydarzonemu frajerstwu, skoro żyćko jest funkcją trzech słów: kasa, kasa, kasa. Przyjdźcie na dyżur literacki. Choć jesteście jedyni w swoim pisaniu, nie jesteście jedni. Max Stirner to kłamstwo.
Każdego, kto przeczytał ten tekst, proszę o rozsyłanie wici. Spotykamy się 1 lutego, o godzinie 18.00, w sali kameralnej Amfiteatru. Wstęp wolny. W sprawie pytań i szczegółowych informacji - kontakt: papierowka@mok.olsztyn.pl Miejski Ośrodek Kultury utworzył na facebooku wydarzenie. Można się zgłaszać, komentować, obserwować: papierówka
wtorek, 11 października 2016
Mistrz Wajda pisze list do nieopierzonego pisarza
Wczoraj
był dzień szczególny - odszedł Andrzej Wajda i tu można przywołać wszelkie
hiperbolizacje, że wielki, że genialny, że mistrz kina, ostatni Romantyk, który
plemienne kody uczynił zrozumiałymi pod każdą szerokością geograficzną. Gazety
prześcigają się w okolicznościowych funeraliach, internet składa wotywny hołd
Twórcy.
Dość
powściągliwie podchodzę do tego typu praktyk, bo w naszym kraju rządzi zasada
post factum: większość nadstawia ucha, gdy artysta odchodzi, jakby śmierć była
ostateczną pieczęcią jego wybitności. A i w takiej chwili znajdzie się
prawdziwy Polak z garścią błota w pięści i z pianą na ustach.
Tkwiłbym
w swej powściągliwości aż do ścichnięcia czarnych laudacji, gdybym nie
przypomniał sobie drobnego zdarzenia sprzed trzynastu lat. Dzisiaj ma wagę
wzruszającego wspomnienia. Myślę, że warto je przywołać.
Był
rok 2003, wydałem "Czwarte niebo" - drugą (po "Prababce")
książkę, uznawaną z perspektywy ogólnopolskiej recepcji za pierwsze, tak istotne
i ważne zaistnienie w literackim świecie. Nie pamiętam już za czyim to
podszeptem (znając siebie, sam bym na to nie wpadł), wysłałem egzemplarz
powieści do Mistrzowskiej Szkoły Reżyserii Filmowej Andrzej Wajdy. Wysłałem, ot
tak, bez szczególnych emocji (bo gdzie Rzym, gdzie Krym?), na ogólny adres
sekretariatu, czyli na Berdyczów i na zasadzie: a nuż, widelec. Mówiąc szczerze:
bezczelnie i na ślepo. Odpowiedź przyszła bardzo szybko. Książkę wydałem w
październiku, a list zwrotny został napisany 7 listopada.
To
wymowny szczegół, bo list napisał sam... Andrzej Wajda. W pierwszej chwili
zdębiałem, spodziewając się raczej zdawkowego responsu od kogokolwiek ze Szkoły
i faksymilki.
Reżyser
wspomina w liście, że książka znajduje się już w bibliotecznych zbiorach
Szkoły, że powieść przeczytał, lecz - tu wyczułem delikatną nutę - "nie wie,
czy jest materiałem na film, ale literatura nie ma takich obowiązków."
Zaznacza dalej, że bliskie mu zbliżenie literatury do kina, i że on sam chciałby
wypełnić lukę po dawnych Zespołach Filmowych. "Proszę nas zatem odwiedzić,
umawiając się wcześniej z sekretariatem. Mocno ściskam dłoń" - zakończył
list.
Później
był jeszcze jeden mglisty telefon ze Szkoły "podtrzymujący kontakt",
jednak z wizyty nic nie wyszło. Mniemam, że albo przez moją - żenującą,
przyznaję po latach - niefrasobliwość (tak wiele się w owych czasach działo,
kto to pamięta, wie o czym piszę, a film w kontekście literatury był dla mnie
dość odległą bajką) albo przez przeświadczenie, że odpowiedź Mistrza to
wyłącznie kurtuazyjny ukłon, na który nie powinienem reagować natrętnym ciągiem
dalszym. Przecież Mistrz nie wiedział, czy w "Czwartym niebie" tkwi
filmowy potencjał. (Można założyć, że jeśli Mistrzowie nie wiedzą, to tam go po
prostu nie ma). Choć kto wie, może gdybym pojechał - zamiast w powieściach -
tonąłbym w treatmentach i składał filmowe dialogi, byłbym już lwem serialowych
bon motów albo pustelniczym twórcą kolejnej nowej fali frustracji w polskim
kinie? Wszystko mogłoby się inaczej potoczyć. Tak czy siak, Mistrz Andrzej
Wajda nie nakręcił "Czwartego nieba" z pełną świadomością - nie każdy
debiutant może pochwalić się takim... wyróżnieniem!
Istotne
jest jednak co innego: sam gest, który chyba coś dopowiada do wielu słów, które
wypowiedziano na pożegnanie Mistrza. Oto geniusz polskiego kina, już wtedy laureat
Oscara, odpowiada młodemu, chmurnemu gołowąsowi literackiemu, co to sam jeszcze
nie do końca wie, czego chce, dokąd zmierza i jak się nazywa. Odpowiada własnoręcznie
pisanym listem. Niby drobna rzecz, a bardzo wymowna, i nie chcę wnikać, czy
kurtuazyjna. Kto zakrzyknie: "bez przesady, wielkie mi halo!". Dla
mnie, w dniu Jego odejścia, to "halo" ma dużą siłę. Przecież równie
dobrze mógł odpowiedzieć "sekretariat", jakiś "asystent",
"ktoś" z administracji Szkoły. Czasy takie i takie międzyludzkie
relacje, że człowiek docenia bezpośrednią reakcję (po czasie?). Dzisiaj,
zwłaszcza dzisiaj wspominam ten gest z sentymentem.
List
wygrzebałem z pożółkłych, starych papierzysk, gdzie ślady czcionek i atramentów
zacierają się szybciej niż ludzka pamięć. Wygrzebałem po trzynastu latach. Mam
nadzieję, że nieczytelność foty zachowa elementarną dyskrecję (wszak to nasza
korespondencja niepodjętej "współpracy" - sic!), a jednocześnie
pragnę, żeby była dowodem uważności Reżysera na innych, na świat. Uważności na
młodych twórców, choćby dopiero co wyskoczyli z pampersów. A ja za lat
dwadzieścia, jeśli dożyję, będę mógł rozsiąść się w fotelu, by konfabulować
wnukom: "do kroćset, pędraki, i jam korespondował z Mistrzem, będąc
młokosem! A było to tak, słuchajcie: otóż wysłałem swoją powieść..." Nie
wykluczam, że geriatryczna swada doprowadzi mnie do płomiennego wątku, jak to
razem siadamy z Mistrzem nad scenariuszem.
Nigdy
nie poznałem Andrzeja Wajdy inaczej niż tylko poprzez Jego dzieła. No i poprzez
tę drobinę, która sprawia, że omiatając wzrokiem kolejny raz zamaszyste wersy,
uśmiecham się i myślę ciepło o tym wielkim Artyście. To moja klepsydra.
poniedziałek, 19 września 2016
Poraniona, introwertyczna Europa
W dniach 7-10 września uczestniczyłem w 31.
Międzynarodowym Festiwalu Literackim w słoweńskiej Vilenicy. Prezentowało się
ponad trzydziestu twórców, praktycznie z całego świata - od Irlandii, przez
Łotwę, Czechy, Węgry, Słowenię, Rosję, Białoruś, Ukrainę, Chorwację,
Czarnogórę, Bośnię i Hercegowinę, aż po daleką Australię. Program festiwalu
niezwykle bogaty - autorskie czytania, rozmowy, debaty, których głównym,
wiodącym tematem były związki i relacje między literaturą i etyką. Bez
zbędnych, retorycznych laurek, mogę napisać wprost: świetny, niezwykle ważny
festiwal.
Oczywiście udział w tego typu przedsięwzięciach, gdy człowiek doświadcza literatury w całym jej geolokacyjnym, gatunkowym i treściowym bogactwie, kusi do budowania całościowych, może i zbyt generalizujących obrazów. Jednak zaryzykuję, świadomy towarzyszących temu uproszczeń. Otóż, dość symptomatyczny był "okrągły stół" poświęcony właśnie etyce w literaturze. Udział w nim brało troje pisarzy: Susana Tratnik ze Słowenii, Gabor Schein z Węgier, francuski pisarz Aleksander Bergamini oraz moderujący rozmowę Carlos Pascual, reprezentujący Słowenię i Meksyk. Schein, mając ma myśli etykę, przywoływał w literaturze kategorię pamięci, odwołując się do dwudziestowiecznego dziedzictwa holocaustu. Tratnik, posiłkując się bohaterami swojej twórczości, podnosiła problem heteronormatywnego świata, jego miękkich i twardych tożsamości, zaś Bergamini, jak na reprezentanta zachodniej literatury przystało, prezentował mocno "indywidualistyczne" stanowisko, wręcz nihilistyczne - pisarski gest stoi poza dobrem i złem, liczy się wyłącznie autorska ekspresja. (Z łotewskimi pisarzami wymieniliśmy do ucha spostrzeżenie, że to chyba taki "houellebecqowski" syndrom.) Na jego egotyczną wizję literatury szybko i bardzo przytomnie (jako głos z sali) zareagowała Dubravka Ugresić. Przypomniała myśl w pewnym sensie oczywistą, że w literaturze chodzi przede wszystkim o komunikację.
Oczywiście udział w tego typu przedsięwzięciach, gdy człowiek doświadcza literatury w całym jej geolokacyjnym, gatunkowym i treściowym bogactwie, kusi do budowania całościowych, może i zbyt generalizujących obrazów. Jednak zaryzykuję, świadomy towarzyszących temu uproszczeń. Otóż, dość symptomatyczny był "okrągły stół" poświęcony właśnie etyce w literaturze. Udział w nim brało troje pisarzy: Susana Tratnik ze Słowenii, Gabor Schein z Węgier, francuski pisarz Aleksander Bergamini oraz moderujący rozmowę Carlos Pascual, reprezentujący Słowenię i Meksyk. Schein, mając ma myśli etykę, przywoływał w literaturze kategorię pamięci, odwołując się do dwudziestowiecznego dziedzictwa holocaustu. Tratnik, posiłkując się bohaterami swojej twórczości, podnosiła problem heteronormatywnego świata, jego miękkich i twardych tożsamości, zaś Bergamini, jak na reprezentanta zachodniej literatury przystało, prezentował mocno "indywidualistyczne" stanowisko, wręcz nihilistyczne - pisarski gest stoi poza dobrem i złem, liczy się wyłącznie autorska ekspresja. (Z łotewskimi pisarzami wymieniliśmy do ucha spostrzeżenie, że to chyba taki "houellebecqowski" syndrom.) Na jego egotyczną wizję literatury szybko i bardzo przytomnie (jako głos z sali) zareagowała Dubravka Ugresić. Przypomniała myśl w pewnym sensie oczywistą, że w literaturze chodzi przede wszystkim o komunikację.
Myślę, że to dobry klucz do opisania festiwalu.
Kategoria "komunikacji" zdaje się dzisiaj być pierwszorzędną kwestią.
Komunikacji z przeszłością, komunikacji w obrębie kulturowych paradygmatów, ale
przede wszystkim - komunikacji pomiędzy różnymi, domykającymi się narracjami,
które zaczynają dominować w Europie. Bez niej nasz kontynent pogrąża się w
jakimś introwertycznym letargu, chocholim tańcu, pełnym niepokoju i lęków. To
było uderzające. Gdy rozmawiałem ze Słoweńcami, mówili między wierszami o
dojmującym poczuciu osamotnienia, o zachodnim świecie, dla którego stali się
wyłącznie turystycznym cacuszkiem. Łotysze, niby żartem, przebąkiwali o całkiem
realnej wizji "zielonych ludzików" i że w gruncie rzeczy niewiele
zależy od nich samych. Białorusini z kolei nie mieli większych złudzeń, co do
przyszłości - ich świat tkwi w "wiecznym teraz" Łukaszenkowego ładu.
Ja też tłumaczyłem się z "dobrej zmiany", nie wiedząc, jak długo
potrwa i dokąd nas zaprowadzi. A cóż mogła mi powiedzieć Katherina Kalitko z
Ukrainy? Nawet nie chciałem pytać.
Jakkolwiek brzmi to banalnie, Europa potrzebuje
komunikacji - wbrew i na przekór domykającym się narracjom. Inaczej stanie się
zlepkiem somnambulicznych, odrębnych rojeń, rozmów urwanych w pół słowa,
jawnych resentymentów i żalów, które populizm będzie żarłocznie wyżerać i paść
się na braku bycia słyszanym. A może już stała się?
I tu jest właśnie miejsce dla literatury, tu odzywa
się jej "etyczny" - czynić słyszalnym światy, które nie znajdują
swego głosu, albo też są zakrzykiwane przez budowniczych czarno-białych
"utopii". Festiwal w Vilenicy jest komunikacją. Pośród mnogości literackich
prezentacji, w mojej pamięci i wyobraźni szczególnie zapadły wiersze Julii
Cimafejewej, Cvetki Lipuś i Ingmary Balode.
Jako że bez kultury obrazka, kultura słowa zdaje się
dzisiaj niepełna, poniżej kilka "turystycznych" fotek ze Słowenii.
![]() | |
| Ljubjana |
![]() |
| Lipican ze słynnej stadniny Lipicanów |
![]() |
| Sztuka krytyczna, myśląca |
![]() |
| Sztuka krytyczna, myśląca |
![]() |
| Zamek, na którym prezentowałem fragmenty "Planktonu" |
![]() |
| Intrygująca knajpa w intrygującej kamienicy |
![]() |
| Ljubjana |
![]() |
| Sztuka krytyczna, myśląca |
![]() |
| Preseren - słoweński wieszcz |
piątek, 19 sierpnia 2016
Usta-usta i kroplówka
Odzywa się do mnie (via e-mail) pisarz Klimko-Dobrzaniecki i pyta: wszystko w porządku, żyjesz? Bo blog jakoby jest, a jakby zdechł. Ot, czasy, gdy trzeba poświadczać własną, nawet najbardziej intensywną realność, wirtualnym znakiem życia. Kilkumiesięczna przerwa, niezauważalna kropelka w morzu nieskończoności (że zasunę na modlę Coehlo i Biblii), tutaj staje się wyrwą, która wysyła człowieka na cmentarz, a administrator konta już zmienia klucze i domaga się nowego hasła. A widziały gały, co brały, gdy bloga zakładały. Tu dyscypliny potrzeba i ustawicznej auto-aktualizacji.
Podaję więc swojemu awatarowi kroplówkę, klawiaturą czynię pospieszną reanimację usta-usta. Jeszcze dycha. Światu trzeba komunikować swoją obecność, bo inaczej jedną nogą jest już w grobie. Obecność to za mało - tu nadobecności trzeba, realność musi mieć netową podkładkę. Obłomow z powieści Gonczarowa umarłby zaraz po narodzeniu.
Kończę "Plankton", stawiając ostatnie frazy, jakbym stąpał po polu minowym, choć cieszę się tą najszlachetniejszą z form emigracji wewnętrznej. Pisząc, człowiek znika, zawiesza swoje "zewnętrzne" istnienie. A na zewnątrz populizm ma się dobrze, trzeba też od nowa czytać Orwella. Śni mi się Międlar z brzytwą w zębach, syryjskie dzieci definiują chwilowe wyrzuty sumienia - patos i współczucie przypominają jazdę gołym tyłkiem po nieheblowanej desce. Śliwa w ogródku obrodziła dorodnymi owocami, ale większość jest robaczywa, a piesek przydrożny, ten z Miłosza, dobiera się do nogawki i poszczekuje, że innego końca świata nie będzie.
Ostatecznie wziąłem rozbrat z olsztyńskim Teatrem Jaracza. Rozbrat ma smak gorzkiej czekolady i poziom endorfin wraca do normy. Czytam Eco, Białkowskiego i Ranciere'a. Prasa literacka donosi, że młoda literatura przenosi się z miasta na wieś - wymowna forma eskapizmu i nowych eksploracji.
Wakacyjny numer miesięcznika Znak publikuje fragmenty "Planktonu", ukryte pod tytułem "Wrony". We wrześniu wyjazd do słoweńskiej Lipicy na międzynarodowy Festiwal Literacki. Tegoroczna edycja poświęcona będzie związkom literatury z etyką, gościem specjalnym ma być Dubravka Ugresić, którą cenię bardzo za "Muzeum bezwarunkowej kapitulacji" (równie aktualne jak Orwell!). Jako że pizzy nie upiekłem, nie mogę zamieścić jej zdjęcia. Zamieszczam skan "Wron" Znakowych i zachęcam do lektury pisma. O religii jest mowa z perspektywy różnych religii - polecam szczególnie "Naprawianie świata" Abrahama Skórki.
Podaję więc swojemu awatarowi kroplówkę, klawiaturą czynię pospieszną reanimację usta-usta. Jeszcze dycha. Światu trzeba komunikować swoją obecność, bo inaczej jedną nogą jest już w grobie. Obecność to za mało - tu nadobecności trzeba, realność musi mieć netową podkładkę. Obłomow z powieści Gonczarowa umarłby zaraz po narodzeniu.
Kończę "Plankton", stawiając ostatnie frazy, jakbym stąpał po polu minowym, choć cieszę się tą najszlachetniejszą z form emigracji wewnętrznej. Pisząc, człowiek znika, zawiesza swoje "zewnętrzne" istnienie. A na zewnątrz populizm ma się dobrze, trzeba też od nowa czytać Orwella. Śni mi się Międlar z brzytwą w zębach, syryjskie dzieci definiują chwilowe wyrzuty sumienia - patos i współczucie przypominają jazdę gołym tyłkiem po nieheblowanej desce. Śliwa w ogródku obrodziła dorodnymi owocami, ale większość jest robaczywa, a piesek przydrożny, ten z Miłosza, dobiera się do nogawki i poszczekuje, że innego końca świata nie będzie.
Ostatecznie wziąłem rozbrat z olsztyńskim Teatrem Jaracza. Rozbrat ma smak gorzkiej czekolady i poziom endorfin wraca do normy. Czytam Eco, Białkowskiego i Ranciere'a. Prasa literacka donosi, że młoda literatura przenosi się z miasta na wieś - wymowna forma eskapizmu i nowych eksploracji.
Wakacyjny numer miesięcznika Znak publikuje fragmenty "Planktonu", ukryte pod tytułem "Wrony". We wrześniu wyjazd do słoweńskiej Lipicy na międzynarodowy Festiwal Literacki. Tegoroczna edycja poświęcona będzie związkom literatury z etyką, gościem specjalnym ma być Dubravka Ugresić, którą cenię bardzo za "Muzeum bezwarunkowej kapitulacji" (równie aktualne jak Orwell!). Jako że pizzy nie upiekłem, nie mogę zamieścić jej zdjęcia. Zamieszczam skan "Wron" Znakowych i zachęcam do lektury pisma. O religii jest mowa z perspektywy różnych religii - polecam szczególnie "Naprawianie świata" Abrahama Skórki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)











