czwartek, 19 listopada 2015

Nasza plemienna hipochondria - Tygodnik Powszechny

W najnowszym "Tygodniku Powszechnym" (nr 47) Mariusz Siepioło (ukłon za pamięć i determinację) przepytuje mnie na okoliczność "Walizek hipochondryka", opuchniętego maczyzmu i innych demonów (w większości społecznych i patriarchalnych). Wyrażam się m.in. w ten sposób: "Potrafimy wyeliminować czas i ból z naszego życia. Niedaleko pada apap od morfiny. Statystyki pokazują, że żremy środki przeciwbólowe jak chipsy". Przy pytaniu o Hitchensa chyba  poległem, ale w większości spraw - raczej z tarczą. 
Odsyłam do papierowego (lepszego, rzecz jasna) wydania oraz tutaj.

niedziela, 4 października 2015

On ne sert pas les juves

Proszę sobie wyobrazić, że istnieje we Francji pismo literacko-społeczne o nazwie Siécle 21. Jego byt, jak i wielu innych - w kontekście naszego pogrobowego stadium czasopiśmiennictwa literackiego -  zasługuje na głębokie "oooch!", a nawet "aaach!". Najnowszy, dwudziesty siódmy numer (jesień-zima 2015) przynosi sporą dawkę polskiej literatury współczesnej. Kilkunastu autorów, pokoleniowy przekładaniec, różne poetyki (od Barta, przez Pilcha, Tulli, Tokarczuk, po Żulczyka). Wśród prezentowanych tekstów znalazł się fragment ze zbioru "Żydówek nie obsługujemy", w przekładzie Mathilde Vérain. Chyba bardzo, bardzo na czasie, bo aktualizują się nam światy, formy i frazy, często wbrew, na przekór, przybierając ponury grymas korespondencji... Lista "nieobsługiwanych" poszerza się i rozrasta, pęcznieje i tężeje.
Uwaga lingwistyczna - kochałem się w języku francuskim, a teraz omiatam wzrokiem i dochodzę do oczywistego wniosku: cztery lata mowy ojczystej Baudelaire'a i Rimbauda na studiach jak krew w piach. Dzwonią, dzwonią, ale w którym dokładnie kościele? Houellebecq, jego "Uległość" to już nie to samo, sadząc intuicyjnie po przekładzie. Zbyt lapidarny i formalnie prostolinijny, ascetyczny. I chyba w swej ascetyczności "bezdusznej" nie działa tak, jak Jelinek na gruncie języka niemieckiego. Choć oczywiście forma jest zawsze emanacją idei.

piątek, 25 września 2015

Amfateatr - lans prorodzinny

W najbliższy poniedziałek (28 września), o godz. 18.00, na Scenie Margines olsztyńskiego Jaracza wystąpi zespół Amfateatr. To kolejna odsłona cyklu "Top of the Off", czyli anty-mainstreamowej czkawki, którą skutecznie i przeciągle uskutecznia Margines.
Nie piszę o tym li tylko z powodów informacyjnych. Jest i inny, prorodzinny, a ten rozgrzesza wszystko: na wokalu występuje moja siostra, zwana w środowisku teatralnym - bo aktorka dyplomowana i empiryczna - Wir-zą (zapis fonetyczny). Zanim trafiła do krakowskiej PWST, przeszła edukację w olsztyńskim Studium Aktorskim im. Aleksandra Sewruka  (przypis lokalny, borussiański). Jako brat mam wprawdzie genetycznie wyostrzone oko i ucho na działania Młodej, ale myślę, że Irena Santor to to nie jest, że poruszamy się z "taką pewną retoryczną nieśmiałością" w skalach nieinwazyjnych Joplin i Nosowskiej zaraz po alkoholowym ciągu i tuż przed esperalem wszytym w struny głosowe. Poza kobiecym wokalem, zespół tworzą: Karol Huzarski - gitara, Krzysiek Bojdo - gitara basowa, Jacek Ruś - perkusja. 
Zapraszam na koncert, ponieważ wszystko układa się wielce garażowo i bezpretensjonalnie. Zespół wsiada poniedziałkowym przedświtem, o 4.50, w pociąg relacji Kraków - Olsztyn, by dotrzeć w okolicach południa na Warmię. Margines przygotuje piece, perkusję, tzw. beklajny, wykorzystując sprzęt rodzimych, olsztyńskich muzyków. Honoraria: równowartość pięćdziesięciu dziewięciu kebabów (o czym donoszę z niejakim wstydem impresaryjno-budżetowym). Jak za starych dobrych lat dziewięćdziesiątych. Koniec końców, nie jesteśmy na szczęście Open'erem. 
Fota Amfateatru z jednego z koncertów:
  A tutaj youtubowa próbka muzyczna przed poniedziałkiem:
https://www.youtube.com/watch?v=frNmvWWGTbw 

czwartek, 17 września 2015

Ekscentrycy i Wiersze na porost brody

Wczoraj, na Festiwalu Filmowym w Gdyni, odbył się konkursowy pokaz filmu "Ekscentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy" w reżyserii Janusza Majewskiego. Scenariusz powstał na podstawie powieści olsztyńskiego druha serdecznego, kolegi po piórze i klawiaturze Włodzimierza Kowalewskiego. Film, biegnąc tropem książki, przenosi widza do Ciechocinka. Jest rok 1958, grupa jazzowych freaków tworzy kontrkulturową, swingującą wysepkę wolności pośród ponurych odmętów komunizmu. Obecność w kinie obowiązkowa.
Przedwczoraj natomiast olsztyński oddział Stowarzyszenia Pisarzy Polskich rozstrzygnął konkurs na debiut poetycki roku 2015. Zwycięzcą został Dawid Kraszewski za tom "Wiersze na porost brody". W czasie niezwykle dojmującej suszy, jaka panuje na młodoliterackiej Warmii od kilku lat, to dobra wiadomość (moja znajomość młodej literatury "stąd" kończy się na Marcinie Cieleckim, Piotrze Senderze, Michale Krawielu, Michale Kotlińskim, Michalinie Janyszek i grupie skupionej wokół Justyny Artym i Hanny Brakonieckiej). Może i nazwisk niemało, ale dynamika zdarzeń mogłaby być większa. Jurorzy - Alicja Bykowska-Salczyńska, Zbigniew Chojnowski, Krzysztof Szatrawski - wskazali zwycięzcę jednogłośnie. "Wiersze na porost brody" mają ukazać się w odsłonie książkowej w listopadzie. Więcej o Dawidzie Kraszewskim - tutaj.

piątek, 4 września 2015

Pangea

Brzmi jak bajka, ale ponoć układa się w naukową prawidłowość: badacze Ziemi są bliscy pewności, że co 300-500 milionów lat kontynenty przytulają się do siebie, tworząc superkontynent, oblany zewsząd oceaniczną wodą. To Pangea - jeden świat, jedna ziemia, gdzie Rosja graniczy z Kanadą, Stany Zjednoczone z Algierią, a Brazylia z Kongo. Suchą stopą można przejść z Indii, przez Antarktykę, ku osamotnionej - wedle klasycznych map - Australii. Stąd wystarczy rzucić beretem, by znaleźć się w Tybecie, niedaleko  Arabii Saudyjskiej. Można iść, biec, jechać dalej ku granicom Turcji, zahaczając o Austrię i trafić do Iranu. Gdzieś w tym geologicznym kotle znajduje się pawio-papuzi racuch zwany Polską. Pangea - senny koszmar politycznych strategów, kapłanów historyzmu i etnicznych językoznawców władzy. Pięknie, nieprawdaż?
Mądrość Ziemi, jej tektonicznych dryfów, objawia się dość oszczędnie, raczej nie dane nam będzie doświadczyć łaski zespolenia. Gdyby objawiała się częściej, wywoływałaby utopijny chaos na mapie politycznych determinantów, przekleństw i pieśni o potędze. 500 milionów lat, a nawet 300 to zbyt wiele czasu, by powstrzymać wegetację lęków, egoizmów i wojen.
Przywołuję naukową prawidłowość z banalnie przejmujących powodów: na naszych oczach Południe chce być Północą, Wschód prze na Zachód. Południe ze Wschodem rekompensują sobie w skali mikro i makro kolonialne poniżenie, komunistyczną eugenikę, totalitarne sny i ściemę zwaną globalną wioską. Wprawdzie granice trwają, ale nasila się bezprecedensowa wędrówka ludów - w górę poszły ceny wioseł, łodzi, pontonów, miejsca leżąco-lewitujące w busach obłożone są rezerwacją, w kontenerach ciężarówek parzą się ludzkie ciała, a Morze Śródziemne wyrzuca na brzeg dziecięce syrenki.
I po raz kolejny "mój kraj"/"ten kraj" odsłania spotworniałą twarz: ksenofobiczną, egoistyczną, stężałą w partykularnych, tchórzliwych lękach. Radykalizuje się liberalny dyskurs i splata z nacjonalistycznym cynizmem o polskiej racji stanu. "Inność" ulega hiperbolizacji tak wielkiej, że niewiele ją dzieli od uprzedmiotowienia - to stary, opresyjny mechanizm, gdy człowieka zastępuje abstrakcja.
"Mój kraj"/"ten kraj" ma krótką pamięć. Zasłania się własną biedą, widząc w niej poręczną wymówkę przed poświęceniami, które przekraczają pojęcie państwa, rasy, języka, religii. Obśmiewany jeszcze dwa, trzy tygodnie temu parawaning nad bałtyckimi plażami odsłonił nasz wsobny, gettyzujący mental - parawaning z drutu kolczastego. 
Oczywiście, spece od realpolitik twierdzą, że łatwo jest uprawiać humanistyczną, naiwną retorykę, podczas gdy należy stąpać twardo po ziemi. Ale co w zamian? Uciekinierzy z biednego świata mają zdechnąć pod naszymi drzwiami?
Już zdychają. Zdychają i psują nam poranną kawę niusowymi fotkami. To nieładnie z ich strony. Niech wracają, skąd przyszli. Niech wypierdalają. My Monte Cassino, my Westerplatte, my Powstanie Warszawskie, my Solidarność.

wtorek, 4 sierpnia 2015

Festiwal Dwa Brzegi, "Walizki hipochondryka" i "Niesfilmowani"

W ramach imprez towarzyszących Festiwalu Dwa Brzegi w Kazimierzu Dolnym odbywa się cykl literacki "Niesfilmowani". To spotkania - prowadzone przez Darka Foksa - z pisarzami, których książki prowokują pytania o możliwość filmowej adaptacji. W pierwszej odsłonie cyklu wystąpiła Justyna Bargielska, akcentując "nieprzetłumaczalność" swojej twórczości. Dzisiaj, a raczej wczoraj, zważywszy na godzinę blogowego wpisu, pojawił się showman Janusz Rudnicki. Gośćmi kolejnych spotkań będą: Hubert Klimko-Dobrzaniecki, Artur Liskowacki, Andrzej Muszyński. Last, but - I hope - not least, 7 sierpnia, w piątek, o godzinie 16:30, w Gmachu Głównym Muzeum Nadwiślańskiego, mam wystąpić JA (jadąc Gombrem). Zapraszam wszystkich, którzy przypadkiem lub całkiem świadomie będą akurat w Kazimierzu Dolnym. Przyjadę do Kazimierza wysłużoną Toyotą, nowego Mercedesa zostawiam w garażu. Lansuję się nim wyłącznie na postpegeerowskich rubieżach Warmii i Mazur, żeby wkurwiać tubylców.
I tu potrzebny przypis: moja styczność ze środowiskiem filmowym sprowadza się do dwóch przygód. Pierwsza, niestety, totalnie pijacka i gettowa wiąże się ze słynnym swego czasu spotkaniem pisarzy i filmowców nad Zalewem Zegrzyńskim. Poza odratowaniem przed utonięciem Dunina-Wąsowicza przez Daniela Odiję, poza bardzo sensownymi i niezwykle otwartymi Joanną Kos-Krauze i Arkiem Jakubikiem, niewiele można wspominać. Pamiętam dwór reżyserskich sweterków wokół pani Odorowicz i nasze - literatów - rachunki, ile tomów poezji i prozy można by wydać za tę integracyjną bibę. Druga przygoda: ekspert PISF-u w komisji od treatmentów, razem z Juliuszem Machulskim i  Iloną Łepkowską. O ile Juliusz Machulski okazał się twórcą pełną gębą, wychwytującym najdrobniejsze sensy i skłonnym do artystycznych odpałów, o tyle pani Łepkowska, udowodniła mi, gdzie leży, a gdzie nie, kasa w filmowo-telewizyjnym showbiznesie (co przyjmowałem i przyjmuję do dzisiaj za wymowną formę mainstreamowego obciachu).
Pierwsza przygoda, chyba ważniejsza, bardziej wymowna: dotyczy filmowców, ale i ludzi teatru, z którymi w ostatnich latach jestem związany. Uznają oni język - uogólniam, wiem - za poboczne, wtórne "pyknięcie", nad którym całkowicie panują. Nie mają żadnych oporów, żeby adaptacyjnie poprawiać Dostojewskiego, Sofoklesa, Kafkę i innych. Pisarze są im niepotrzebni. No, chyba że mówimy o Głowackim, Pilchu, ewentualnie o Masłowskiej. Żyjemy w czasach, w których wszyscy znają się na literaturze, włącznie z Kingą Rusin. Utopia spełniona. Powinniśmy być popkulturowo spełnieni.

środa, 29 lipca 2015

Gnamy!

Gnamy przez Olsztyn! No, i jeszcze dalej. Pedałujemy za jego granice, gdzie liściasto-zielone wygrywa z polbrukiem. Przemierzamy gęstą, łopoczącą Warmię. Jezioro po lewej, jezioro po prawej. Gnamy i przeganiany muchy, komary, ważki i bąki. Pamiętając o zwykłej przyzwoitości i buddyjskich naukach, staramy się omijać wędrujące w poprzek ślimaki. Bocianie gniazda są kompasem, które klekotem wskazują kierunek. Wioski rozsiadły się niczym kury znoszące na grzędzie czas i geografię. Szczekanie psów w opłotkach dowodzi, że śmigamy aż miło! Po jednej  stronie las, po drugiej plisowana zieloność wody. Ścigamy się do granic zmęczenia, które nie ma końca. Słońce pełga na skroniach i wierzchołkach drzew. Na czołach wiatr tańczy transowe pogo, a przyspieszone oddechy mówią, że każdy pruje, ile ma sił w nogach i płucach. Mówiąc wprost - zapierdalamy aż miło, aż tyłki podskakują nam na kamienistych czkawkach ziemi. Zapierdalamy przez Krainę Nod, przez Atlantydę Północy, unieważniając Historię. I jesteśmy szczęśliwi!
Przodem pędzi Ona - dwa warkoczyki, które zaplotłem nieporadnie dzisiejszego ranka, przy wrzaskach i pretensjach o barbarzyński brak delikatności. Te dwa warkoczyki udowadniają mi, że jest po Różewiczu nadzieja, że wszystko toczy się od nowa i po swojemu, jak nasze rowerowanie, i niektórych wierszy lepiej nie pamiętać, żeby żyć. Niech tak będzie. Dwa warkoczyki spięte na rezolutnej głowie siedmioletniego człowieka, który odkrywa świat dla siebie, a dla mnie czyni go nago oczywistym, wstydliwym i rozpoczynającym się wciąż od nowa i od nowa. Dwa warkoczyki, które widzę na przedzie, które podskakują figlarnie na nierównościach, każą mi pedałować dalej i dalej. Zapierdalam więc, do utraty tchu, byle wciąż widzieć przed sobą dwa dwa podskakujące warkoczyki. Zapierdalam, obiecując sobie: mniej Różewicza, mniej alkoholu, mniej fajek. Więcej rowerowania z dwoma warkoczykami na przedzie.

sobota, 11 lipca 2015

Otwarty regionalizm - milczący lament i wstyd

"Borussia" organizuje w dniach 17-19 lipca III Forum Otwartego Regionalizmu, biorąc tym razem pod lupę transformacje kulturowe i społeczne Peerelu - lata 1945-1989. Doproszony do panelu z Anną Janko i Ingą Iwasiów (moderatorem będzie profesor Sławomir Buryła), mam - z grubsza rzecz biorąc - określić rodzinną i plemienną pamięć o roku 1945...
Ta pamięć jest milczeniem pamięci. Jej depozytariuszką była moja babka. O czasie powojennym, jak i całej repatrianckiej zawierusze nigdy nie zająknęła się ani słowem. O tym się nie mówiło przy rodzinnym stole. Temat tabu. Od czasu do czasu, półgębkiem babka mitologizowała swoje jedyne miejsce na świecie - Litwę, Troki, Siedorance, hiperbolizując, idealizując, konfabulując i zarazem spluwając przez ramię. To od niej dowiedziałem, że w Wilii pływały szczupaki wielkości wieloryba. Warmia pozostała dla niej ziemią jałową, egzystencjalnym dryfem, hotelowym przeczekaniem do śmierci. Nigdy nie mówiła o Polsce, jednocześnie i mnie zaszczepiając do tego słowa stosunek wtórny, mglisty, nieokreślony. Teraźniejszość wywoływała w niej wyłącznie irytację. Zawsze wolała Niemca od Ruska, wobec Ukraińców była nieufna, o Żydach nigdy nie powiedziała ani dobrego, ani złego słowa, jakby nie istnieli. Dziadek zapił się na śmierć w latach pięćdziesiątych, po nim na śmierć zapiło się jego trzech synów na ganku wioskowego geesu. Koniec sagi w linii męskiej. Fanfary prowincjonalnego fatum!
Myśląc o swojej tożsamości, staję się małym chłopcem, który gładząc nerwowo starte kolano, przeciąga palcem po wielkim strupie i przedłuża chwilę, by oderwać kawałek czarnej, zakrzepłej, gruzłowatej krwi. Ale nie ma w tym ekscytacji oddzielania ciała obcego. Wprost przeciwnie. Mięso. Niepokoi mnie "Róża" Smarzowskiego, niepokoi mnie "1945" Grzebałkowskiej, niepokoi mnie "Z krainy Nod" Kruka, niepokoi mnie rodzinna cisza, bliska amnezji, bo chyba oszczędzono mi pamięci zdarzeń, których mógłbym sobie nie...
Może babka milczała, by oszczędzić mi plemiennego lamentu i wstydu. Bo zanim zacząłem się uczyć angielskiego z tekstów ulubionych kapel, zanim dopadł mnie obowiązkowy rosyjski w szkole średniej, poznałem znaczenie słów pisanych (a jakże!) gotykiem: "zucker", "pfeffer", "salz", "mehl". Ceramiczne pojemniki w kremowym kolorze przez wiele lat stały w środkowej półce kuchennego kredensu. Ot, taka to moja "borussiańska" opowieść. Banalna i powtarzalna w wielu warmińsko-mazursko-repartianckich rodzinach. Z tego nie nie powstanie żadna powieść. Bo nie dorosłem, bo nie dojrzałem, chociażby do takich opowieści, jakie opowiadała Joanna Wilengowska  z czasów pierwszego "Portretu".