Wczoraj
był dzień szczególny - odszedł Andrzej Wajda i tu można przywołać wszelkie
hiperbolizacje, że wielki, że genialny, że mistrz kina, ostatni Romantyk, który
plemienne kody uczynił zrozumiałymi pod każdą szerokością geograficzną. Gazety
prześcigają się w okolicznościowych funeraliach, internet składa wotywny hołd
Twórcy.
Dość
powściągliwie podchodzę do tego typu praktyk, bo w naszym kraju rządzi zasada
post factum: większość nadstawia ucha, gdy artysta odchodzi, jakby śmierć była
ostateczną pieczęcią jego wybitności. A i w takiej chwili znajdzie się
prawdziwy Polak z garścią błota w pięści i z pianą na ustach.
Tkwiłbym
w swej powściągliwości aż do ścichnięcia czarnych laudacji, gdybym nie
przypomniał sobie drobnego zdarzenia sprzed trzynastu lat. Dzisiaj ma wagę
wzruszającego wspomnienia. Myślę, że warto je przywołać.
Był
rok 2003, wydałem "Czwarte niebo" - drugą (po "Prababce")
książkę, uznawaną z perspektywy ogólnopolskiej recepcji za pierwsze, tak istotne
i ważne zaistnienie w literackim świecie. Nie pamiętam już za czyim to
podszeptem (znając siebie, sam bym na to nie wpadł), wysłałem egzemplarz
powieści do Mistrzowskiej Szkoły Reżyserii Filmowej Andrzej Wajdy. Wysłałem, ot
tak, bez szczególnych emocji (bo gdzie Rzym, gdzie Krym?), na ogólny adres
sekretariatu, czyli na Berdyczów i na zasadzie: a nuż, widelec. Mówiąc szczerze:
bezczelnie i na ślepo. Odpowiedź przyszła bardzo szybko. Książkę wydałem w
październiku, a list zwrotny został napisany 7 listopada.

Reżyser
wspomina w liście, że książka znajduje się już w bibliotecznych zbiorach
Szkoły, że powieść przeczytał, lecz - tu wyczułem delikatną nutę - "nie wie,
czy jest materiałem na film, ale literatura nie ma takich obowiązków."
Zaznacza dalej, że bliskie mu zbliżenie literatury do kina, i że on sam chciałby
wypełnić lukę po dawnych Zespołach Filmowych. "Proszę nas zatem odwiedzić,
umawiając się wcześniej z sekretariatem. Mocno ściskam dłoń" - zakończył
list.
Później
był jeszcze jeden mglisty telefon ze Szkoły "podtrzymujący kontakt",
jednak z wizyty nic nie wyszło. Mniemam, że albo przez moją - żenującą,
przyznaję po latach - niefrasobliwość (tak wiele się w owych czasach działo,
kto to pamięta, wie o czym piszę, a film w kontekście literatury był dla mnie
dość odległą bajką) albo przez przeświadczenie, że odpowiedź Mistrza to
wyłącznie kurtuazyjny ukłon, na który nie powinienem reagować natrętnym ciągiem
dalszym. Przecież Mistrz nie wiedział, czy w "Czwartym niebie" tkwi
filmowy potencjał. (Można założyć, że jeśli Mistrzowie nie wiedzą, to tam go po
prostu nie ma). Choć kto wie, może gdybym pojechał - zamiast w powieściach -
tonąłbym w treatmentach i składał filmowe dialogi, byłbym już lwem serialowych
bon motów albo pustelniczym twórcą kolejnej nowej fali frustracji w polskim
kinie? Wszystko mogłoby się inaczej potoczyć. Tak czy siak, Mistrz Andrzej
Wajda nie nakręcił "Czwartego nieba" z pełną świadomością - nie każdy
debiutant może pochwalić się takim... wyróżnieniem!
Istotne
jest jednak co innego: sam gest, który chyba coś dopowiada do wielu słów, które
wypowiedziano na pożegnanie Mistrza. Oto geniusz polskiego kina, już wtedy laureat
Oscara, odpowiada młodemu, chmurnemu gołowąsowi literackiemu, co to sam jeszcze
nie do końca wie, czego chce, dokąd zmierza i jak się nazywa. Odpowiada własnoręcznie
pisanym listem. Niby drobna rzecz, a bardzo wymowna, i nie chcę wnikać, czy
kurtuazyjna. Kto zakrzyknie: "bez przesady, wielkie mi halo!". Dla
mnie, w dniu Jego odejścia, to "halo" ma dużą siłę. Przecież równie
dobrze mógł odpowiedzieć "sekretariat", jakiś "asystent",
"ktoś" z administracji Szkoły. Czasy takie i takie międzyludzkie
relacje, że człowiek docenia bezpośrednią reakcję (po czasie?). Dzisiaj,
zwłaszcza dzisiaj wspominam ten gest z sentymentem.
List
wygrzebałem z pożółkłych, starych papierzysk, gdzie ślady czcionek i atramentów
zacierają się szybciej niż ludzka pamięć. Wygrzebałem po trzynastu latach. Mam
nadzieję, że nieczytelność foty zachowa elementarną dyskrecję (wszak to nasza
korespondencja niepodjętej "współpracy" - sic!), a jednocześnie
pragnę, żeby była dowodem uważności Reżysera na innych, na świat. Uważności na
młodych twórców, choćby dopiero co wyskoczyli z pampersów. A ja za lat
dwadzieścia, jeśli dożyję, będę mógł rozsiąść się w fotelu, by konfabulować
wnukom: "do kroćset, pędraki, i jam korespondował z Mistrzem, będąc
młokosem! A było to tak, słuchajcie: otóż wysłałem swoją powieść..." Nie
wykluczam, że geriatryczna swada doprowadzi mnie do płomiennego wątku, jak to
razem siadamy z Mistrzem nad scenariuszem.
Nigdy
nie poznałem Andrzeja Wajdy inaczej niż tylko poprzez Jego dzieła. No i poprzez
tę drobinę, która sprawia, że omiatając wzrokiem kolejny raz zamaszyste wersy,
uśmiecham się i myślę ciepło o tym wielkim Artyście. To moja klepsydra.