sobota, 11 marca 2017

Plankton czerwcowy

Trochę rytualnego narcyzmu: intensywność wewnętrzna, pisarska ubiegłego roku powoli zaczyna przybierać realne formy. Formy zewnętrzne, a w ich skończoności - coraz mniej mi dostępne. W czerwcu wydawnictwo ZNAK opublikuje, a dokładniej: planuje opublikować "Plankton" - moją futuro-katolicko-popową powieść. Taki łamaniec, tworzony jako naddatek związany z niepewnością, gdzie się wybrałem, gdzie zawędrowałem! (Czyżbym już sam siebie upychał w kanciaste, skrzypiące szuflady, przycinając język jak źle włożony krawat?) Od czasów "Rebelii", i jeszcze wcześniej - "Czwartego nieba", nie popełniłem tak "epickiego" (jak ma moje, rachityczne!, standardy), utworu. Mniej rozpasania wyobrażonego, więcej dyscypliny narracyjnej, no i opowieść, opowieść, którą musiałem strzec przed nieustannymi zakusami języka, aby ją rozsadzać i podważać, pokazywać szwy konwencji, aby ją przedrzeźniać i narracyjnym pochodom ciągle podstawiać nogę. Oczywiście pisanie o własnej książce, jeszcze przed wydaniem, mieści się w policyjnej formule: wszystko, co powiesz, może być wykorzystane przeciwko tobie. Wspomnę więc jedynie, że rzecz dzieje się w 2092 roku. Świat jest już po dwóch wielkich wojnach religijnych. Brat Artur, kapucyn, wyrusza z Olsztyna, stolicy Polacji, do Krakowa, zburzonego rzekomo przez terrorystów. Wyrusza z misją ratowania ludzi, choć przyjdzie mu robić coś kompletnie odwrotnego.
W czerwcu wwiozę więc drzewo do literackiego lasu. I pewnie jeszcze nieraz odtrąbię ten wjazd.

wtorek, 20 grudnia 2016

Papierówka

Tekst d0 lokalsów. Olsztyńskich i okolicznych.
Jedna z gminnych post-mądrości powiada, że literatura, choć powstaje w samotności, karmi się literaturą - innymi tekstami. A Gombrowicz rzecz wysubtelnia: "Duch rodzi się z imitacji ducha. Najpierw trzeba chcieć być pisarzem, żeby nim zostać." Wspominam o tym z dwóch powodów. Po pierwsze: od 1 lutego 2017 roku Miejski Ośrodek Kultury w Olsztynie uruchamia projekt literacki "Papierówka", na który składać się będzie kurs kreatywnego pisania i dyżur literacki. Po drugie: szefowa MOK-u zaproponowała mi pilotowanie obu przedsięwzięć. Propozycję przyjąłem, wierząc, że wcześniejsze, pokrewne działania w krakowskiej Fundacji "Znaczy się", czy ogólnopolskiej "Maszynie do pisania", można przeszczepić na rodzimy, warmiński grunt. Tym bardziej, że olsztyńskiej literaturze potrzeba świeżej krwi. Stare kocury spasły się (i mnie przybyło trochę kilo ego), chadzają własnym drogami, a debiutującej młodzieży jak na lekarstwo.

Kurs kreatywnego pisania to forma literackiego laboratorium. Będziemy operować na żywych, powstających podczas spotkań tekstach. Zawsze warto otworzyć pacjenta i zobaczyć, jak jest zbudowany, bez czego nie może żyć, a co można mu spokojnie i bez wyrzutów sumienia wyciąć, co jest niezbędne, a co tylko udaje ważność, gdy w istocie jest anatomicznym bibelotem, ornamentem, czymś w rodzaju pęcherzyka żółciowego, którego przydatność wciąż dzieli świat lekarski. Literatura jest jak chirurgia, w ostatecznym rachunku zawsze idzie o to, żeby wyciąć. Żeby pisząc mniej, powiedzieć de facto więcej (sam mam do dzisiaj z tym problem i skalpel wypada mi z rąk). Mam nadzieję, że podczas wiwisekcji nie zejdzie nam wielu pacjentów i że - wzorem Szekspira - trup nie będzie się ścielił gęsto. Kurs kreatywnego pisania nie oferuje żadnego patentu na bestseller ani nie przepotwarza się w toporną naukę składania tekstów. Skierowany do początkujących twórców odpowiada na dwie skrajnie odmienne tendencje. Jedna, iście romantyczna, mówi, że wszystko zawiera się w nieokiełznanej domenie ducha, natchnienia, wieszczenia. Skutkuje to często zalewem samopożerającej się grafomanii, wyważaniem otwartych drzwi, tryumfalnym obnoszeniem totemu banału. Wieszczom, zwłaszcza w prozie, zawsze odpowiadam za Nienackim, że natchnienie natchnieniem, ale pisanie trzeba wysiedzieć, to ból - iście fizyczny - dupy, a jak ktoś uważa, że sprawnie fechtuje frazuje, niech zobaczy, jakie pchnięcia zadawał Mann z Dostojewskim. Drugą, przeciwną tendencją jest mylnie rozumiana przez młodych "profesjonalizacja pisania". Owszem, spotykając się, będziemy notować sobie najróżniejsze patenty i triki, stosowane bezczelnie w literaturze, ale w żaden sposób nie można z nich czynić recepty na tekst, który chce znaczyć, i który znaczy, a przede wszystkim, za który można dać się pokroić (znowu ta chirurgia). Każda inna literatura jest godna wyłącznie szpadla grabarza. Dużo złego w tym względzie zrobiły najróżniejsze poradniki, przepisane z amerykańskiego rynku. Jednym słowem: będziemy się spotykać, żeby nabierać świadomości języka, jego nieokiełznanej i tym samym fantastycznej natury.
Dyżur literacki to podobny dzwon, ale inna parafia, inny różaniec, inna para kaloszy. Skierowany jest do "szufladowców", do introwertycznych z natury, bądź konieczności, bulimistów pendrive'ów, twardych dysków, teczek na gumkę lub wiązanych tasiemką. Chodzi o to, że jednego dnia, w konkretnym miejscu, o konkretnej godzinie, można przynieść swój tekst. Można go przeczytać lub dać do przeczytania. Można o nim porozmawiać (choć niekoniecznie, nic na siłę), można usłyszeć, jak go słyszy, jak go rozumie ktoś inny. Można puścić tekst w żywy obieg. Nie sieciowy, nie wirtualny, lecz komunikujący się z drugim człowiekiem i sprawdzić, czy rezonuje, czy znaczy coś dla kogoś innego niż autor. I ja pacholęciem-debiutantem będąc, spotkałem życzliwie, ale i szczere ucho. Odnoszę wrażenie, że dzisiejsi młodzi twórcy, w obliczu wszędobylskiego pragmatyzmu i natychmiastowej komercjalizacji "talentów" funkcjonują w dużym rozproszeniu. Ja miałem swój "Portret", zbieraninę cudownych freaków, a dzisiejsi Rimbaudowie i Kafki? Odbierają sygnały, że hołdują, być może szlachetnemu, jednak niewydarzonemu frajerstwu, skoro żyćko jest funkcją trzech słów: kasa, kasa, kasa. Przyjdźcie na dyżur literacki. Choć jesteście jedyni w swoim pisaniu, nie jesteście jedni. Max Stirner to kłamstwo.
Każdego, kto przeczytał ten tekst, proszę o rozsyłanie wici. Spotykamy się 1 lutego, o godzinie 18.00, w sali kameralnej Amfiteatru. Wstęp wolny. W sprawie pytań i szczełowych informacji - kontakt: papierowka@mok.olsztyn.pl Miejski Ośrodek Kultury utworzył na facebooku wydarzenie. Można się zgłaszać, komentować, obserwować: papierówka

wtorek, 11 października 2016

Mistrz Wajda pisze list do nieopierzonego pisarza

Wczoraj był dzień szczególny - odszedł Andrzej Wajda i tu można przywołać wszelkie hiperbolizacje, że wielki, że genialny, że mistrz kina, ostatni Romantyk, który plemienne kody uczynił zrozumiałymi pod każdą szerokością geograficzną. Gazety prześcigają się w okolicznościowych funeraliach, internet składa wotywny hołd Twórcy.
Dość powściągliwie podchodzę do tego typu praktyk, bo w naszym kraju rządzi zasada post factum: większość nadstawia ucha, gdy artysta odchodzi, jakby śmierć była ostateczną pieczęcią jego wybitności. A i w takiej chwili znajdzie się prawdziwy Polak z garścią błota w pięści i z pianą na ustach.
Tkwiłbym w swej powściągliwości aż do ścichnięcia czarnych laudacji, gdybym nie przypomniał sobie drobnego zdarzenia sprzed trzynastu lat. Dzisiaj ma wagę wzruszającego wspomnienia. Myślę, że warto je przywołać. 
Był rok 2003, wydałem "Czwarte niebo" - drugą (po "Prababce") książkę, uznawaną z perspektywy ogólnopolskiej recepcji za pierwsze, tak istotne i ważne zaistnienie w literackim świecie. Nie pamiętam już za czyim to podszeptem (znając siebie, sam bym na to nie wpadł), wysłałem egzemplarz powieści do Mistrzowskiej Szkoły Reżyserii Filmowej Andrzej Wajdy. Wysłałem, ot tak, bez szczególnych emocji (bo gdzie Rzym, gdzie Krym?), na ogólny adres sekretariatu, czyli na Berdyczów i na zasadzie: a nuż, widelec. Mówiąc szczerze: bezczelnie i na ślepo. Odpowiedź przyszła bardzo szybko. Książkę wydałem w październiku, a list zwrotny został napisany 7 listopada.
To wymowny szczegół, bo list napisał sam... Andrzej Wajda. W pierwszej chwili zdębiałem, spodziewając się raczej zdawkowego responsu od kogokolwiek ze Szkoły i faksymilki.
Reżyser wspomina w liście, że książka znajduje się już w bibliotecznych zbiorach Szkoły, że powieść przeczytał, lecz - tu wyczułem delikatną nutę - "nie wie, czy jest materiałem na film, ale literatura nie ma takich obowiązków." Zaznacza dalej, że bliskie mu zbliżenie literatury do kina, i że on sam chciałby wypełnić lukę po dawnych Zespołach Filmowych. "Proszę nas zatem odwiedzić, umawiając się wcześniej z sekretariatem. Mocno ściskam dłoń" - zakończył list.
Później był jeszcze jeden mglisty telefon ze Szkoły "podtrzymujący kontakt", jednak z wizyty nic nie wyszło. Mniemam, że albo przez moją - żenującą, przyznaję po latach - niefrasobliwość (tak wiele się w owych czasach dzio, kto to pamięta, wie o czym piszę, a film w kontekście literatury był dla mnie dość odległą bajką) albo przez przeświadczenie, że odpowiedź Mistrza to wyłącznie kurtuazyjny ukłon, na który nie powinienem reagować natrętnym ciągiem dalszym. Przecież Mistrz nie wiedział, czy w "Czwartym niebie" tkwi filmowy potencjał. (Można założyć, że jeśli Mistrzowie nie wiedzą, to tam go po prostu nie ma). Ch kto wie, może gdybym pojechał - zamiast w powieściach - tonąłbym w treatmentach i składał filmowe dialogi, byłbym już lwem serialowych bon motów albo pustelniczym twórcą kolejnej nowej fali frustracji w polskim kinie? Wszystko mogłoby się inaczej potoczyć. Tak czy siak, Mistrz Andrzej Wajda nie nakręcił "Czwartego nieba" z pełną świadomością - nie każdy debiutant może pochwalić się takim... wyróżnieniem!
Istotne jest jednak co innego: sam gest, który chyba coś dopowiada do wielu słów, które wypowiedziano na pożegnanie Mistrza. Oto geniusz polskiego kina, już wtedy laureat Oscara, odpowiada młodemu, chmurnemu gołowąsowi literackiemu, co to sam jeszcze nie do końca wie, czego chce, dokąd zmierza i jak się nazywa. Odpowiada własnoręcznie pisanym listem. Niby drobna rzecz, a bardzo wymowna, i nie chcę wnikać, czy kurtuazyjna. Kto zakrzyknie: "bez przesady, wielkie mi halo!". Dla mnie, w dniu Jego odejścia, to "halo" ma dużą siłę. Przecież równie dobrze mógł odpowiedzieć "sekretariat", jakiś "asystent", "ktoś" z administracji Szkoły. Czasy takie i takie międzyludzkie relacje, że człowiek docenia bezpośrednią reakcję (po czasie?). Dzisiaj, zwłaszcza dzisiaj wspominam ten gest z sentymentem.
List wygrzebałem z pożółkłych, starych papierzysk, gdzie ślady czcionek i atramentów zacierają się szybciej niż ludzka pamięć. Wygrzebałem po trzynastu latach. Mam nadzieję, że nieczytelność foty zachowa elementarną dyskrecję (wszak to nasza korespondencja niepodjętej "współpracy" - sic!), a jednocześnie pragnę, żeby była dowodem uważności Reżysera na innych, na świat. Uważności na młodych twórców, choćby dopiero co wyskoczyli z pampersów. A ja za lat dwadzieścia, jeśli dożyję, będę mógł rozsiąść się w fotelu, by konfabulować wnukom: "do kroćset, pędraki, i jam korespondował z Mistrzem, będąc młokosem! A było to tak, słuchajcie: otóż wysłałem swoją powieść..." Nie wykluczam, że geriatryczna swada doprowadzi mnie do płomiennego wątku, jak to razem siadamy z Mistrzem nad scenariuszem.
Nigdy nie poznałem Andrzeja Wajdy inaczej niż tylko poprzez Jego dzieła. No i poprzez tę drobinę, która sprawia, że omiatając wzrokiem kolejny raz zamaszyste wersy, uśmiecham się i myślę ciepło o tym wielkim Artyście. To moja klepsydra.

poniedziałek, 19 września 2016

Poraniona, introwertyczna Europa

W dniach 7-10 września uczestniczyłem w 31. Międzynarodowym Festiwalu Literackim w słoweńskiej Vilenicy. Prezentowało się ponad trzydziestu twórców, praktycznie z całego świata - od Irlandii, przez Łotwę, Czechy, Węgry, Słowenię, Rosję, Białoruś, Ukrainę, Chorwację, Czarnogórę, Bośnię i Hercegowinę, aż po daleką Australię. Program festiwalu niezwykle bogaty - autorskie czytania, rozmowy, debaty, których głównym, wiodącym tematem były związki i relacje między literaturą i etyką. Bez zbędnych, retorycznych laurek, mogę napisać wprost: świetny, niezwykle ważny festiwal. 
Oczywiście udział w tego typu przedsięwzięciach, gdy człowiek doświadcza literatury w całym jej geolokacyjnym, gatunkowym i treściowym bogactwie, kusi do budowania całościowych, może i zbyt generalizujących obrazów. Jednak zaryzykuję, świadomy towarzyszących temu uproszczeń. Otóż, dość symptomatyczny był "okrągły stół" poświęcony właśnie etyce w literaturze. Udział w nim brało troje pisarzy: Susana Tratnik ze Słowenii, Gabor Schein z Węgier, francuski pisarz Aleksander Bergamini oraz moderujący rozmowę Carlos Pascual, reprezentujący Słowenię i Meksyk. Schein, mając ma myśli etykę, przywoływał w literaturze kategorię pamięci, odwołując się do dwudziestowiecznego dziedzictwa holocaustu. Tratnik, posiłkując się bohaterami swojej twórczości, podnosiła problem heteronormatywnego świata, jego miękkich i twardych tożsamości, zaś Bergamini, jak na reprezentanta zachodniej literatury przystało, prezentował mocno "indywidualistyczne" stanowisko, wręcz nihilistyczne - pisarski gest stoi poza dobrem i złem, liczy się wyłącznie autorska ekspresja. (Z łotewskimi pisarzami wymieniliśmy do ucha spostrzeżenie, że to chyba taki "houellebecqowski" syndrom.) Na jego egotyczną wizję literatury szybko i bardzo przytomnie (jako głos z sali) zareagowała Dubravka Ugresić. Przypomniała myśl w pewnym sensie oczywistą, że w literaturze chodzi przede wszystkim o komunikację. 
Myślę, że to dobry klucz do opisania festiwalu. Kategoria "komunikacji" zdaje się dzisiaj być pierwszorzędną kwestią. Komunikacji z przeszłością, komunikacji w obrębie kulturowych paradygmatów, ale przede wszystkim - komunikacji pomiędzy różnymi, domykającymi się narracjami, które zaczynają dominować w Europie. Bez niej nasz kontynent pogrąża się w jakimś introwertycznym letargu, chocholim tańcu, pełnym niepokoju i lęków. To było uderzające. Gdy rozmawiałem ze Słoweńcami, mówili między wierszami o dojmującym poczuciu osamotnienia, o zachodnim świecie, dla którego stali się wyłącznie turystycznym cacuszkiem. Łotysze, niby żartem, przebąkiwali o całkiem realnej wizji "zielonych ludzików" i że w gruncie rzeczy niewiele zależy od nich samych. Białorusini z kolei nie mieli większych złudzeń, co do przyszłości - ich świat tkwi w "wiecznym teraz" Łukaszenkowego ładu. Ja też tłumaczyłem się z "dobrej zmiany", nie wiedząc, jak długo potrwa i dokąd nas zaprowadzi. A cóż mogła mi powiedzieć Katherina Kalitko z Ukrainy? Nawet nie chciałem pytać.  
Jakkolwiek brzmi to banalnie, Europa potrzebuje komunikacji - wbrew i na przekór domykającym się narracjom. Inaczej stanie się zlepkiem somnambulicznych, odrębnych rojeń, rozmów urwanych w pół słowa, jawnych resentymentów i żalów, które populizm będzie żarłocznie wyżerać i paść się na braku bycia słyszanym. A może już stała się?
I tu jest właśnie miejsce dla literatury, tu odzywa się jej "etyczny" - czynić słyszalnym światy, które nie znajdują swego głosu, albo też są zakrzykiwane przez budowniczych czarno-białych "utopii". Festiwal w Vilenicy jest komunikacją. Pośród mnogości literackich prezentacji, w mojej pamięci i wyobraźni szczególnie zapadły wiersze Julii Cimafejewej, Cvetki Lipuś i Ingmary Balode. 
Jako że bez kultury obrazka, kultura słowa zdaje się dzisiaj niepełna, poniżej kilka "turystycznych" fotek ze Słowenii.
Ljubjana
Ljubjana


Lipican ze słynnej stadniny Lipicanów
Sztuka krytyczna, myśląca

Sztuka krytyczna, myśląca

Zamek, na którym prezentowałem fragmenty "Planktonu"

Intrygująca knajpa w intrygującej kamienicy

Ljubjana

Sztuka krytyczna, myśląca

Preseren - słoweński wieszcz

 

piątek, 19 sierpnia 2016

Usta-usta i kroplówka

Odzywa się do mnie (via e-mail) pisarz Klimko-Dobrzaniecki i pyta: wszystko w porządku, żyjesz? Bo blog jakoby jest, a jakby zdechł. Ot, czasy, gdy trzeba poświadczać własną, nawet najbardziej intensywną realność, wirtualnym znakiem życia. Kilkumiesięczna przerwa, niezauważalna kropelka w morzu nieskończoności (że zasunę na modlę Coehlo i Biblii), tutaj staje się wyrwą, która wysyła człowieka na cmentarz, a administrator konta już zmienia klucze i domaga się nowego hasła. A widziały gały, co brały, gdy bloga zakładały. Tu dyscypliny potrzeba i ustawicznej auto-aktualizacji.
Podaję więc swojemu awatarowi kroplówkę, klawiaturą czynię pospieszną reanimację usta-usta. Jeszcze dycha. Światu trzeba komunikować swoją obecność, bo inaczej jedną nogą jest już w grobie. Obecność to za mało - tu nadobecności trzeba, realność musi mieć netową podkładkę. Obłomow z powieści Gonczarowa umarłby zaraz po narodzeniu.
Kończę "Plankton", stawiając ostatnie frazy, jakbym stąpał po polu minowym, choć cieszę się tą najszlachetniejszą z form emigracji wewnętrznej. Pisząc, człowiek znika, zawiesza swoje "zewnętrzne" istnienie. A na zewnątrz populizm ma się dobrze, trzeba też od nowa czytać Orwella. Śni mi się Międlar z brzytwą w zębach, syryjskie dzieci definiują chwilowe wyrzuty sumienia - patos i współczucie przypominają jazdę gołym tyłkiem po nieheblowanej desce. Śliwa w ogródku obrodziła dorodnymi owocami, ale większość jest robaczywa, a piesek przydrożny, ten z Miłosza, dobiera się do nogawki i poszczekuje, że innego końca świata nie będzie.
Ostatecznie wziąłem rozbrat z olsztyńskim Teatrem Jaracza. Rozbrat ma smak gorzkiej czekolady i poziom endorfin wraca do normy. Czytam Eco, Białkowskiego i Ranciere'a. Prasa literacka donosi, że młoda literatura przenosi się z miasta na wieś - wymowna forma eskapizmu i nowych eksploracji.
Wakacyjny numer miesięcznika Znak publikuje fragmenty "Planktonu", ukryte pod tytułem "Wrony". We wrześniu wyjazd do słoweńskiej Lipicy na międzynarodowy Festiwal Literacki. Tegoroczna edycja poświęcona będzie związkom literatury z etyką, gościem specjalnym ma być Dubravka Ugresić, którą cenię bardzo za "Muzeum bezwarunkowej kapitulacji" (równie aktualne jak Orwell!). Jako że pizzy nie upiekłem, nie mogę zamieścić jej zdjęcia. Zamieszczam skan "Wron" Znakowych i zachęcam do lektury pisma. O religii jest mowa z perspektywy różnych religii - polecam szczególnie "Naprawianie świata" Abrahama Skórki.

czwartek, 21 kwietnia 2016

Złota Halabarda - memento mistrzów dalekiego planu

Hamlet to bułka z masłem i coś okropnie banalnego. Parafrazując Peipera, można powiedzieć: pokażcie mi aktora, która zagra efemeryczny zad psa, a powiem wam o nim więcej niż niejeden biograf. Epizod ma znaczenie, zwłaszcza gdy ludzkość zżera kult nadobecności, a artyści tłoczą się na proscenium, wyrywając sobie ochy i achy widowni. Im mniejszy epizod, tym większe, semantyczne ciążenie, ponieważ na drugim, trzecim, dziesiątym planie rozgrywają się dramaty pozornej znikomości, a ich kilkusekundowi bohaterowie błagają o wysłuchanie. 
Ubiegłej niedzieli, w Olsztyńskim Teatrze Lalek, przyznano po raz piąty Złotą Halabardę - nagrodę za najmniejszą kreację aktorską. Konkurencja była ogromna i godna eposu. O laur scenicznej mikroobecności walczyli aktorzy nominowani - uwaga!, uwaga! - za role: kaktusa, francuskiego klucza i polędwicy w kosmosie, firanki, warunków atmosferycznych na morzu, tylnej części psa, łapy niedźwiedzia, okrętowej lampy, planszy z napisem "Wrrr", drugiej pary oczu, słonia morskiego, lewitujących noży i łyżek. Zamiast antropomorfizacji, zamiast człowieczego narcyzmu - animizacja i reifikacja! Moim faworytem była skromna plansza z napisem "Wrrr", bo wyczuwałem w nim onomatopeiczny kryzys języka, zwycięzcą okazały się warunki atmosferyczne na morzu. Gratuluję zdawkowym biciem brawo dwoma małymi palcami.
Jednym słowem: jesteśmy częścią większej całości. Wszystko zdaje się to potwierdzać: i metafizyka, i eschatologia, i fizjologia, oraz tak zwane stosunki społeczne. Im szybciej człowiek uświadomi sobie pars pro toto własnej egzystencji, tym łaskawiej los oszczędzi mu wielu rozczarowań. 
Podczas Gali doszło również do spektakularnego coming outu. Aktor dramatyczny, który w todze sztuki poważnej na co dzień chodzi, zaprezentował teledysk o wiele mówiącym tytule "Wyznanie". 

piątek, 18 marca 2016

Księga pasztetów czyli o czym zapomniała literatura

Na okoliczność Czytanek Marginesu, które w najbliższy poniedziałek, 21 marca, odbędą się w Teatrze Jaracza, przeglądam kolejny już raz "Księgę pasztetów" Nataszy Goerke. Jej scenicznej adaptacji - iście karkołomnego gestu - podjęła się młoda reżyserka Judyta Berłowska. 
Czytam, smakuję frazy, obwąchuję sensy książki wydanej w 1997 roku, czyli - jakby nie liczyć  - prawie dwadzieścia lat temu. I pojawia się przygnębiająca myśl, że nikt już tak dzisiaj nie pisze. Z szaleńczą dezynwolturą, z jawną kpiną i ostentacją dla łopatologicznych przyczyn i skutków, z samobójczo radosnym uwalnianiem formy z pęt i kagańców formatowanej narracji. Piękna afabulacja, cudowny grymas języka, który wyrastając ponad opowieść, jednocześnie prowadzi ją raz na manowce, raz prosto do instynktownie wyczuwalnej puenty. Goerke jest tekstualnym odbiciem mitologizującej Tulli. Dzisiaj pisarze w swej masie - przepraszam za krzywdzące co poniektórych, iście publicystyczne uogólnienie - wywiesili białą flagę z napisem "przezroczystość". Przezroczystość języka przede wszystkim. W "Księdze pasztetów" tymczasem jest on autonomicznym bytem, a nie cynicznie usłużnym kelnerem podsuwającym czytelnikowi kolejne dania opowieści, tak aby każdy mógł ją wchłonąć, przetrwać, wydalić. Goerke jest ciężkostrawna, Goerke to zgaga. Jest piękną toksyną języka, który stawia opór i tym samym dowodzi, że literatura nie jest od zaspokajania gustów. Literatura to język rozbijający skamielinę przeświadczeń i przyzwyczajeń. To podróż wbrew przeświadczeniom, na przekór przyzwyczajeniom. Bo czytam "a", spodziewając się "b", ale lektura wyrzuca mnie na koniec alfabetu, bym zaraz klapnął przy "r" albo "s". W tej przestrzeni mnożą się obrazy, pączkują konteksty, perwersja języka staje się okiem ślepca, który nagle, nie dość, że zaczyna widzieć, to widzi inaczej, niż się spodziewał. 
Dzisiaj już nikt tak nie pisze, ale dzięki Goerke wierzę, że można, a nawet trzeba tak pisać. Choćby po to, żeby dać odpór faryzeuszom przezroczystej formy, żeby być świadomym Don Kichotem, rzucającym się z mieczem języka na, niestety nie urojone, lecz bardzo konkretne wiatraki. Są artefaktami fabuły, która sama dla siebie stała się przyczyną i skutkiem. "Księga pasztetów" to zapis zdrady post factum, jakiej dopuszczają się twórcy w imię cynicznie kodowanej "czytalności". 

piątek, 5 lutego 2016

Plankton, Hitler i inne

Jako atom, poruszający się w blogosferze kapryśną wolą mocy (ta wola okrywa mnie wielką hańbą w oczach Schopenhauera), mocno zwolniłem ostatnio na orbicie swojej pseudo-blogerki z czterech pozasieciowych względów. 
Po pierwsze: powieść o roboczym tytule "Plankton". W intencji ma być futurologią chrześcijańsko-popkulturową, rozgrywająca się w XXII wieku, sto lat po świętej krucjacie przeciwko odmieńcom. Główny bohater: 120-letni franciszkanin i dodatkowo ojciec kilkuletniej córeczki. Intencja - intencją, jednak to język niczym czort karty rozdaje. Prognozy pogody wydają się przy tym pewniejsze. Ale jak autor pisze, to nie istnieje - banał. Zjawisko po wielekroć zbadane w historii literatury i zwieńczone doktoratami. Jeśli autor istnieje, to w wegetatywnym powidoku świata przedstawionego, zwanego życiem, krzątactwem lub małym realizmem. Biologia i metabolizm na poziomie elementarnych oznak życiowych. 
Po drugie: najnowsza premiera na Scenie Margines, której jakoś tam towarzyszę w roli etatowego miłośnika teatru. 6 lutego zostanie zaprezentowany spektakl "On wrócił" na podstawie powieści Timura Vermesa, w reżyserii Piotra Ratajczaka. W roli głównej wystąpi Milena Gauer. Na tę okoliczność aktorka pokusiła się o nader intrygujące zdanie: kobieta, aby dostąpić zaszczytu pierwszoplanowej postaci, musi zagrać przynajmniej Hitlera. Bagatela! I tak jest w jej przypadku. To nie gender, to raczej przypadłość polskiego teatru. Już podniosło się konserwatywne larum, że przedstawienie ma wydźwięk skrajnie polityczny i jątrzący w tak nader delikatnych, jak obecne, czasach. Patrząc, co się wokół wyrabia, mogę powiedzieć za Timothym Snyderem: niewykluczone, że po Hitlerze zmieniliśmy się mniej, niż sądzimy. To widać, widać jak na dłoni, gdy kanclerza III Rzeszy potraktować jako toksynę, niewyrażane, choć wyczuwalne tabu, wreszcie - pasożyta lęków, którego tuczymy własną agresją. W tę demoniczną, groteskowej ikoną projektujemy stłumione żądze i odruchy przemocy. Rozumiem, że "kulturowa wojna światów" rozpala umysły i kukły. Tylko kukły i aż umysły. Kwestią czasu jest... e, tam, stawiam kropkę.
Po trzecie: gdy tylko wychylam nosa z powieści, niepokoi i dezorientuje mnie pytanie, którym zewsząd i na oślep dźgają patrioci, ci świątobliwi rasowo i analfabetycznie czyści rodacy: czy ja obcy czy swój? Czy ja oby na pewno przeżyłem tutaj swoje czterdzieści trzy lata, czy może jestem przybyszem-intruzem z innego kraju? Czy ja kret-odmieniec, ryjący zdradzieckie korytarze, czy jednak ktoś jak najbardziej stąd, od stóp do głów, który ma prawo definiować życie i wolność po swojemu, lecz tylko pod tym warunkiem, że nie zapomina o wolności istnienia innych ludzi. I tym bardziej jestem człowiekiem, gdy dopuszczam możliwość, że ich definicje nie muszą mieścić się w granicach znanej na pamięć i opornej jak dogmat polskości.
Po czwarte: Robert Listwan, jego obrazy. Po obejrzeniu, trawię je sobie pod powiekami. Facet ma w sobie pustoszący rozmach. Albo artystowska fanaberia, albo zamuflowany, toczący go robak. Listwan karmi się popkulturą, by zaraz w nagłym geście ją zwymiotować. Zwymiotować, i miotać się. Zamazywać, przekreślać i wciąż się miotać.
Mówiąc o powieści i patriotach jestem gołosłowny, choć tylko pozornie. Odnośnie "On wrócił" i pracach Listwana dwa zdjęcia dla lepszego pojęcia niż słowa:
"On wrócił", reż Piotr Ratajczak, fot. Tomasz Waszczuk 













Autor: Robert Listwan